Wielki Wybuch: wszechświat, w którym zwykła materia to zaledwie 5%

Wielki Wybuch: wszechświat, w którym zwykła materia to zaledwie 5%

Wszystko, czego można dotknąć, co można zważyć albo na co można skierować teleskop – każda gwiazda, planeta i osoba – składa się na zaledwie 5% wszechświata. To nie jest błąd zaokrąglenia; to jedna z najpewniej potwierdzonych liczb w kosmologii, doprecyzowywana przez dziesięciolecia pomiarów światła pozostałego po narodzinach wszechświata. Reszta to ciemna materia i ciemna energia – dwa składniki, które astronomowie potrafią precyzyjnie zmierzyć, choć wciąż nie wiedzą, czym właściwie są – to dziwny rodzaj pewności: mieć pewność, że coś istnieje, na długo zanim pozna się, z czego jest zbudowane.

Wielki Wybuch to nazwa, jaką kosmolodzy nadają gorącemu, gęstemu stanowi, z którego wywodzi się wszystko – sprzed około 13,787 miliarda lat, z dokładnością do 0,02 miliarda lat w każdą stronę – zaskakująco precyzyjna liczba jak na coś, co wydarzyło się, zanim istniały atomy. Dojście do tej liczby zajęło niemal stulecie przypadkowych odkryć, upartych astronomów i jednego belgijskiego księdza z bardzo dobrym pomysłem.

Ten przewodnik przedstawia dowody: poświatę wciąż przemierzającą niebo, instrumenty zbudowane, by ją zmapować, ludzi, którzy spierali się o jej znaczenie, oraz to, jak dziwny okazuje się „budżet domowy" wszechświata.

Poświata wciąż przemierzająca niebo

Około 375 000 lat po narodzinach wszechświata ochłodził się on na tyle, że mogły powstać atomy, a mgła naładowanych cząstek się rozproszyła, pozwalając światłu po raz pierwszy swobodnie się rozchodzić. To pierwsze światło wciąż zalewa dziś Ziemię jako kosmiczne mikrofalowe promieniowanie tła, docierające jednocześnie ze wszystkich kierunków.

Mapa temperatury kosmicznego mikrofalowego promieniowania tła z misji WMAP z 2006 roku
Pełna mapa temperatury nieba kosmicznego mikrofalowego promieniowania tła z misji WMAP z 2006 roku. NASA/Goddard/WMAP Science Team, domena publiczna, za pośrednictwem Wikimedia Commons

Nie jest ono idealnie jednolite. Pomiary satelitarne wykazały, że jeden fragment nieba ma temperaturę 2,7251 kelwina, podczas gdy inny wskazuje 2,7249 kelwina – różnica dwóch dziesięciotysięcznych stopnia. Ten skrawek nierównomierności był dokładnie tym, czego potrzebowali kosmolodzy: bez niego grawitacja nie miałaby się czego dodatkowo uchwycić, a materia mogłaby nigdy nie zebrać się w galaktyki. Odwzorowanie tych drobnych różnic z dokładnością wystarczającą, by miały znaczenie, zajęło dziesięciolecia i kilka generacji sond kosmicznych, z których każda tropiła sygnał słabszy od poprzedniego.

Przypadkowe odkrycie, które przyniosło Nagrodę Nobla

W 1964 roku radioastronomowie z Bell Labs, Arno Penzias i Robert Wilson, wychwycili w swojej antenie słaby, jednostajny szum, który nie znikał bez względu na to, w którą stronę ją skierowali. Nie szukali narodzin wszechświata – próbowali wytropić zakłócenia sprzętowe, a ten „szum" okazał się samym kosmicznym promieniowaniem tła. To jedna z bardziej nieprawdopodobnych historii odkryć w nauce: największe kosmologiczne znalezisko dekady pojawiło się w przebraniu awarii.

Antena rogowa w Holmdel w stanie New Jersey
Antena rogowa w Holmdel, zbudowana w 1959 roku do prac związanych z łącznością satelitarną. NASA, odrestaurowana przez Bammeska, domena publiczna, za pośrednictwem Wikimedia Commons

Czternaście lat później, w 1978 roku, para ta odebrała Nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki za to odkrycie, które dało kosmologii jak dotąd najsilniejszy dowód na to, że wszechświat powstał w gorącym, gęstym stanie, a nie trwał wiecznie w stanie stacjonarnym.

Satelita, który sfotografował wszechświat jako niemowlę

Antena Penziasa i Wilsona mogła potwierdzić istnienie promieniowania tła, ale nie potrafiła pokazać, jak wygląda niebo w szczegółach. Do tego potrzebne były dedykowane sondy kosmiczne: satelita NASA Cosmic Background Explorer wychwycił w 1992 roku słabe fluktuacje temperatury na rozległych obszarach nieba, a sonda Wilkinson Microwave Anisotropy Probe udoskonaliła później ten obraz, tworząc pierwszą pełną mapę nieba o rozdzielczości zaledwie 0,2 stopnia.

Fizyk Adam Riess, który w 2011 roku otrzymał własną Nagrodę Nobla za niezwiązaną z tym pracę nad przyspieszeniem kosmicznym, podsumował znaczenie misji prosto: wniosła ona precyzję do kosmologii i dziedzina ta już nigdy nie miała wyglądać tak samo. Tak szczegółowa mapa zamieniła Wielki Wybuch z pobieżnego szkicu w coś bliższego inżynierskiemu planowi, z liczbami, na których inni naukowcy mogli realnie budować dalsze badania.

Astronomowie, którzy przewidzieli ekspansję

Na długo zanim ktokolwiek usłyszał o kosmicznym mikrofalowym promieniowaniu tła, wskazówki tkwiły już w zwykłym świetle gwiazd. W 1912 roku Vesto Slipher skierował swój spektrograf na to, co wówczas nazywano mgławicami spiralnymi, i zauważył coś dziwnego: niemal wszystkie z nich pędziły w kierunku od Ziemi.

Pod koniec lat dwudziestych, około roku 1920, Edwin Hubble przekształcił tę osobliwość w wyraźny wzorzec, pokazując, że odległe galaktyki oddalają się we wszystkich kierunkach, dokładnie tak, jak przewidywały własne równania Einsteina, gdyby przestrzeń sama się rozciągała. Było to raczej wieloletnie, ciche gromadzenie dowodów wskazujących w tym samym kierunku niż pojedynczy moment „odkrycia" – to widma Sliphera wykonały większość wczesnej pracy, którą ostatecznie skojarzono z nazwiskiem Hubble'a.

Ksiądz, który nazwał początek

Georges Lemaître, belgijski fizyk i ksiądz katolicki, doszedł niezależnie do podobnego wniosku. W 1931 roku zaproponował, że wszechświat wyłonił się z czegoś, co nazwał „pierwotnym atomem" – z pomysłu, który z czasem przerodził się we współczesny model Wielkiego Wybuchu.

Georges Lemaître pracujący przy komputerze Burroughs E101 w 1959 roku
Georges Lemaître pracujący przy komputerze Burroughs E101 w Louvain w 1959 roku. Zdjęcie: Archives de l'Université catholique de Louvain, Wikimedia Commons, CC BY 4.0

Ślady działalności Lemaître'a sięgają jeszcze dalej niż ta słynna praca. Zupełnie pierwszy punkt danych stojący za tym, co dziś nazywa się stałą Hubble'a – liczbą opisującą tempo ekspansji wszechświata – pochodził w istocie z jego pracy z 1927 roku, opartej na odległościach galaktyk, które sam Hubble zmierzył i opublikował. Historia ostatecznie nazwała tę stałą na cześć osoby, która dostarczyła odległości, a nie księdza, który jako pierwszy naniósł je na wykres w zestawieniu z prędkością.

Zbudowany głównie z czegoś, czego nie widzimy

Zsumujcie każdą gwiazdę, planetę, księżyc i człowieka, a zwykłe atomy wciąż stanowią zaledwie około 5% masy i energii wszechświata. Reszta dzieli się między dwa składniki, które w ogóle nie emitują światła: ciemną materię – 27% – i dominującą ciemną energię – 68%.

Nikt nie wykrył bezpośrednio żadnego z nich. Ciemną materię wnioskuje się z jej grawitacji – utrzymuje ona galaktyki znacznie mocniej, niż mogłaby to zrobić sama widzialna materia – natomiast ciemną energię wnioskuje się z faktu, że ekspansja wszechświata wciąż przyspiesza, zamiast zwalniać. Zwykła materia, budulec układu okresowego, okazuje się mniejszościowym udziałowcem we własnym wszechświecie – fakt, którego ustalenie z jakąkolwiek pewnością zajęło niemal całe stulecie pomiarów.

Pierwsze fajerwerki kosmicznej chemii

W ciągu mniej więcej pierwszych 20 minut po Wielkim Wybuchu warunki były na tyle gorące i gęste, że protony i neutrony zaczęły łączyć się w pierwsze lekkie jądra atomowe wszechświata – wodór-2, hel-3, hel-4 i lit-7. Ten proces, zwany pierwotną nukleosyntezą, sprawił, że układ okresowy zaczynał się właściwie od razu z gotowym helem, na długo zanim zapłonęła jakakolwiek gwiazda.

Astronomowie szacują, że zupełnie pierwsze gwiazdy wszechświata przyćmiewały Słońce – miały od 30 do 300 razy większą masę i świeciły miliony razy jaśniej – były to giganty w porównaniu z gwiazdą w centrum naszego własnego Układu Słonecznego.

Wszechświat zbyt wielki, by zobaczyć go naraz

Część wszechświata dostępna dla naszych teleskopów jest wypełniona dość równomiernie galaktykami we wszystkich kierunkach, rozciągając się na ponad 10 miliardów lat świetlnych – czyli mniej więcej 6 tryliardów mil od Ziemi. Poza tą granicą światło po prostu nie miało jeszcze czasu dotrzeć do Ziemi – nie oznacza to, że wszechświat się tam kończy, a jedynie że kończy się tam nasz widok na niego.

Zdjęcie Hubble Ultra Deep Field pokazujące tysiące odległych galaktyk
Hubble Ultra Deep Field, ukazujące tysiące odległych galaktyk na maleńkim skrawku nieba. NASA i Europejska Agencja Kosmiczna, domena publiczna, za pośrednictwem Wikimedia Commons

Wśród najbardziej odległych obiektów znalezionych w tym zasięgu jest GN-z11, galaktyka uchwycona przez Kosmiczny Teleskop Hubble'a w 2016 roku przy przesunięciu ku czerwieni wynoszącym około z≈11,1, widoczna taką, jaką była mniej więcej 400 milionów lat po rozpoczęciu historii wszechświata – migawka z czasów, gdy kosmos miał zaledwie niewielki ułamek swojego obecnego wieku. Każdy fakt z tego przewodnika, od anteny w New Jersey po poświatę widoczną dziś nad naszymi głowami, jest w istocie jednym długim argumentem na rzecz tego samego wniosku: wszechświat miał swój początek, a dowody na to wciąż docierają.

Źródła