Czarne dziury: Einstein próbował udowodnić, że nie mogą istnieć

Czarne dziury: Einstein próbował udowodnić, że nie mogą istnieć

Oto najdziwniejsze podanie o pracę w historii fizyki: człowiek, którego równania uczyniły czarne dziury możliwymi do wyobrażenia, część swojej kariery spędził, argumentując przeciwko nim. W 1939 roku Albert Einstein wykorzystał własną ogólną teorię względności, próbując udowodnić, że czarne dziury nie mogą istnieć.

Wszechświat odmówił współpracy. Jeszcze w czasie jednego ludzkiego życia astronomowie zważyli jedną, usłyszeli zderzenie dwóch i wreszcie sfotografowali kolejną. Czarna dziura to region, w którym grawitacja wygrywa bezwarunkowo — cokolwiek przekroczy granicę, zostaje w niej, łącznie ze światłem — a historia tego, jak zaczęliśmy w nie wierzyć, jest pełna zakładów, wątpliwości i jednej bardzo trafnie postawionej gwiazdki.

Idea przyszła listem w 1784 roku

Najstarsza wersja czarnej dziury powstała ponad wiek przed Einsteinem i przyszła pocztą. John Michell, angielski astronom i duchowny, obliczył, że gwiazda o gęstości Słońca, ale 500-krotnie większym promieniu, pochłaniałaby własne światło: na jej powierzchni prędkość potrzebna do ucieczki byłaby większa niż sama prędkość światła. Obliczenia opublikował w liście w 1784 roku.

„Ciemna gwiazda” Michella opierała się na błędnej fizyce, a jednak trafiła w dobry pomysł — masę tak skoncentrowaną, że światło nie może jej opuścić. Potrzeba było niemal dwóch wieków, aby ta koncepcja przestała brzmieć jak matematyczny żart.

Najgłośniejszy sceptyk napisał równania

Próba Einsteina z 1939 roku, by wykluczyć istnienie czarnych dziur, to jedna z wielkich ironii nauki: teoria, którą bronił, sama uparcie się na nich upierała. Kwestię rozstrzygnięto — przynajmniej matematycznie — w 1965 roku, gdy Roger Penrose udowodnił, że ogólna teoria względności przewiduje osobliwości wewnątrz każdej czarnej dziury. Nie były przypadkowym efektem uproszczonych, symetrycznych modeli, który zniknąłby w chaotycznym realnym wszechświecie. Były regułą.

Ten wynik zmienił czarne dziury z ciekawostki w przewidywanie. Wciąż brakowało jednak prawdziwej, wisiącej na niebie, na którą astronomowie mogliby wskazać.

Zakład, który Stephen Hawking chciał przegrać

Zdjęcie rentgenowskie Cygnus X-1 wykonane przez teleskop Chandra
Cygnus X-1, jedno z najintensywniej badanych źródeł promieniowania rentgenowskiego, sfotografowane przez obserwatorium Chandra. Chandra X-ray Observatory NASA; Autorstwo: NASA/CXC, domena publiczna, za pośrednictwem Wikimedia Commons

Wskazywanie zaczęło się od Cygnus X-1, silnego źródła promieniowania rentgenowskiego w gwiazdozbiorze Łabędzia. Do 1971 roku kilka zespołów badawczych niezależnie uznało je za pierwszego kandydata na czarną dziurę, który zyskał szerokie uznanie. Obiekt nie chciał zachowywać się jak zwykła gwiazda, a dowody stawały się coraz mocniejsze.

Na tyle mocne, by można się o to obstawić. W 1975 roku Stephen Hawking i Kip Thorne zawarli przyjacielski zakład o to, czy Cygnus X-1 naprawdę zawiera czarną dziurę — a Hawking, który spędził lata na pracy nad teorią czarnych dziur, świadomie postawił przeciw, tak by przegrana w zakładzie oznaczała przynajmniej wygraną dla fizyki. Uznał się za pokonanego w 1990 roku, gdy obserwacje nie pozostawiały już wiele miejsca na wątpliwości. Dziś szacuje się, że zwarty obiekt w Cygnus X-1 ma około 21,2 razy masę Słońca — obiektu, którego nie mogłaby wyjaśnić żadna znana nam zwykła gwiazda.

Czarne dziury nie są całkiem czarne

Nagroda pociechy Hawkinga była większa niż sam zakład. W 1974 roku wykazał, że kwantowa teoria pola zmusza czarne dziury do świecenia — słabo, jak ciało czarne, w temperaturze wyznaczonej przez ich grawitację powierzchniową. Ten efekt nazywa się obecnie promieniowaniem Hawkinga i oznacza, że czarna dziura może w zasadzie powoli odparowywać.

W praktyce żadna z nich jeszcze się nie zmniejsza. Nawet najmniejsza obserwowana klasa, czarne dziury gwiazdowe, obecnie pobiera więcej masy z kosmicznego mikrofalowego tła — słabego poblasku Wielkiego Wybuchu — niż traci przez promieniowanie Hawkinga. Na razie bilans tylko rośnie.

Dzień, w którym czasoprzestrzeń zadźwięczała jak dzwon

Przez sto lat każdy test dotyczący czarnych dziur był pośredni. Potem, w końcu 2015 roku, kolaboracje LIGO i Virgo uchwyciły pierwszą bezpośrednią detekcję fal grawitacyjnych — zdarzenie nazwane GW150914 i jednocześnie pierwsze zaobserwowane połączenie czarnych dziur.

Szczegóły tego sygnału są zdumiewające. Dwie czarne dziury, które spiralnie zbliżały się do siebie, miały odpowiednio około 30 i 35 razy masę Słońca, a zderzenie nastąpiło około 1,4 miliarda lat świetlnych od Ziemi. Fala w czasoprzestrzeni przemierzyła tę odległość i mimo to została zarejestrowana przez instrumenty na Ziemi. Nastąpiły potem setki podobnych detekcji, ale GW150914 było momentem, w którym czarne dziury przestały być nieme.

Portrety dwóch potworów

Supermasywna czarna dziura w Messier 87 sfotografowana przez teleskop Event Horizon
Supermasywna czarna dziura w centrum Messier 87, sfotografowana przez teleskop Event Horizon Telescope. Zdjęcie: Event Horizon Telescope, Wikimedia Commons, CC BY 4.0

Słyszenie czarnych dziur nie wystarczało; astronomowie chcieli je zobaczyć. 10 kwietnia 2019 roku teleskop Event Horizon Telescope opublikował pierwsze w historii bezpośrednie zdjęcie czarnej dziury — supermasywnego giganta w jądrze galaktyki Messier 87, świecącego jak pierścień żaru wokół dziury na niebie.

Kontynuacja była bliżej domu. W 2022 roku ta sama kolaboracja opublikowała zdjęcie Sagittariusa A*, czarnej dziury w centrum naszej własnej Drogi Mlecznej, zrekonstruowane na podstawie danych zebranych już w 2017 roku. Dwa portrety, dwie galaktyki, jedna identyczna fizyka — najsilniejszy dotąd wizualny dowód na to, że horyzonty zdarzeń są realnymi miejscami, a nie teoretyczną rachunkowością.

Ciężarowiec z sąsiedztwa

Pierwsze zdjęcie Sagittariusa A*, czarnej dziury w centrum Drogi Mlecznej

Pierwsze zdjęcie Sagittariusa A, uchwycone przez kolaborację Event Horizon Telescope. Zdjęcie: EHT Collaboration, Wikimedia Commons, CC BY 4.0*

Sagittarius A* to czarna dziura, którą znamy najlepiej, a liczby są wspaniale precyzyjne. Jej masa wynosi 4,297 miliona mas Słońca, z dokładnością do 0,012 miliona — rozliczenie tak precyzyjne, że mogłoby zawstydzić bank. Znajduje się w odległości około 26 000 lat świetlnych, a jej zmierzony rozmiar wynosi 51,8 miliona kilometrów — czyli około 32,2 miliona mil — średnicy.

Ta liczba zasługuje na porównanie. Ziemia okrąża Słońce w odległości 150 milionów kilometrów, a Merkury zbliża się do niego najbliżej na 46 milionów kilometrów. Gdyby Sagittariusa A* umieścić w miejscu Słońca, jego cień sięgałby dalej niż orbita Merkurego — pojedynczy obiekt szerszy niż pierwszy pas wewnętrznego Układu Słonecznego.

„Ekscytująca” nazwa i niespokojny apetyt

Gwiazdka w Sgr A* to nie jest przypis. Robert Brown dodał ją w 1982 roku: to źródło radiowe wydało mu się „ekscytujące”, a fizycy oznaczają gwiazdkami wzbudzone stany atomów. To może być jedyny obiekt na niebie nazwany na cześć nastroju.

Nazwa wciąż jest trafna. W 2013 roku astronomowie obserwujący za pomocą rentgenowskiego teleskopu Chandra przyłapali Sgr A* na rozbłysku 400 razy jaśniejszym niż jego zwykłe, spokojne pomrukiwanie. Okazuje się, że nawet w większości uśpiona czarna dziura co jakiś czas przypomina sąsiadom, kto jest właścicielem centrum galaktyki.

Źródła